niedziela, 12 kwietnia 2015

cztery; czasami brak sił.

Muzyka wydobywająca się z radia zagłuszona była przez łomot, który dobiegał z sąsiedniego mieszkania, lecz o dziwo mi to nie przeszkadzało. Obojętnie wpatrywałam się w blat kuchenny, sącząc drugą już lampkę wina i myśląc o zachowaniu skoczka. Na każdym kroku pokazywał mi, że mnie nienawidzi, że nie mam nawet co liczyć na chwilę zwykłej rozmowy, a mnie ciągnęło do niego, jak ćmę do światła. Chciałam dowiedzieć się wszystkiego, co go nurtuje. Tylko po co? Po to by zaspokoić swoją ciekawość, która czasami przechodziła wszelkie możliwe normy? Mechanizm mojej osoby był bardziej skomplikowany niż menu weselne u jakiejś Grubej Ryby.
Nagle rozdzwonił się mój telefon. Zerknęłam ukradkiem na ekran, na którym wyświetliło się JURIJ DZWONI, ale nie miałam ochoty na pogaduszki. Wyciszyłam dźwięk, by nie irytować się jeszcze bardziej i sięgnęłam po butelkę. Nalałam trochę do kieliszka i upiłam. Wciąż w głowie siedział mały głosik, który odzywał się w niepotrzebnych momentach i dobijał jeszcze bardziej. Tym razem wypominał mi, że przez głupotę nie posłuchałam brata. Przecież mogłam zostać i siedzieć na tyłku w Austrii, a pracę załatwiłby mi Thomas, ale nie - mi się Słowenii zachciało. Poniekąd była to prawda. Bolesna, ale prawdziwa prawda.
Minęło kilkanaście minut, gdy telefon znów zaświecił, ale tym razem była to wiadomość od Thomasa, a tego zignorować nie mogłam. Przesunęłam palcem po ekranie i weszłam w esemesa, w którym kazał mi wejść na Skype. Z niechęcią wstałam od stołu, by udać się po mojego laptopa, który stał kilka metrów dalej. W drodze powrotnej włączyłam urządzenie, zalogowałam się na Skype i czekałam na połączenie od brata, które nastąpiło trzydzieści sekund później.
- Powinienem cię opieprzyć za to, że się nie odzywasz. - przywitał mnie swoim zdenerwowanym wyrazem twarzy, a ja westchnęłam. - Marnie wyglądasz. Dzieje się coś? - wyraz twarzy uległ zmianie na troskę i martwienie się.
- Przemęczona jestem. - odparłam, podpierając policzek dłonią. - Przepraszam, ale nie miałam czasu na dzwonienie. Za kilka dni będzie jakiś tydzień luzu, więc może nawet wpadnę do Austrii. - dodałam.
- Julka, ale naprawdę nic się nie dzieje? - zapytał. Pokręciłam głową. Bo tylko to mogłam zrobić. Przecież nie powiem mu o tym, że ciekawi mnie życie prywatne i problemy Prevca, a on sam ma mnie w dalekim poważaniu. - Lily za tobą tęskni. Pyta kiedy przyjedziesz. Zresztą nie tylko ona, bo Gregor też chciałby wiedzieć. - zaśmiał się. - Nadal nie może ci wybaczyć wyjazdu.
- Też za nią tęsknie. - uśmiechnęłam się na wspomnienie o dziewczynce. - Jest u ciebie, czy...
- Kristina przyjechała po nią dziś rano, choć umawialiśmy się na jutro. - posmutniał. - Nadal obie są na mnie cięte, już sam nie wiem co robić.
- Porozmawiać szczerze z jedną i z drugą, mówiłam ci to nie raz, Tommi. - powiedziałam. - A jeśli nie chcą z tobą rozmawiać to trudno, daj sobie spokój i pokaż, że ci nie zależy. Wtedy przejrzą na oczy, bo zobaczą, że dałeś sobie siana. - uśmiechnęłam się do smutnego brata, który wyglądał chyba gorzej ode mnie.
- Pani złota rada, a chłopaka nie ma. Ironia losu. - zaśmiał się.
- Pani złota rada nie szuka chłopaka.
- I żaden Słoweniec cię nie podrywał? Nie uwierzę ci w to, bo jesteś moją siostrą, a siostra Thomasa Morgensterna musi mieć branie ze względu na brata!
- Za dużo czasu z Gregorem. - stwierdziłam. - Swoją drogą, nie obchodzą mnie jego uczucia. Dobrze to wiesz.
- A może to właśnie ten jedyny?
- Thomas, przestań pieprzyć głupoty. Gregor ma swoją Sandrę, więc niech się trzyma.
- Przecież ja tylko żartuję. - zastrzegł.
- Nie śmieszy mnie to.
Westchnął, choć widziałam, że miał ochotę dodać coś jeszcze. Na siłę chciał znaleźć swojemu przyjacielowi nową dziewczynę, bo nie znosił Sandry. Tylko że Sandra nie była jego dziewczyną, a Schlieriego, który był niewyżyty i wciąż siedziało w nim dziecko.
- No to opowiadaj; co tam więcej słychać... - powiedział Thomas.

****

- Chwila, moment. - przetarłam twarz dłonią, by choć trochę się rozbudzić i przekręcając klucz w zamku zerknęłam na stojący nieopodal zegarek, który wskazywał kwadrans po północy. Zostałam staranowana we własnych drzwiach, gdy do środka wparował zdenerwowany Prevc. Jego oczy miotały pioruny, a on cały się trząsł. - Nie pomyliłeś adresów? - zapytałam, zamykając za nim drzwi. Wybełkotał coś niezrozumiałego i usiadł na krześle. Schował twarz w dłonie, a po chwili dało się słyszeć cichy szloch. - Peter? 
- Wszystko jest takie.. bezsensowne. - powiedział. - Mam dość.. 
- Co się dzieje? 
Spojrzał na mnie załzawionymi oczyma, a moje serce fiknęło koziołka. Był chamem, był wredny, nienawidził mnie, ale nie mogłam patrzeć, jak płacze. 
- Przytul mnie.. Proszę.. - wyszeptał. 
Niepewnie objęłam go rękoma, a ten wtulił się w mój brzuch i cicho łkał. Biłam się z myślami czy aby na pewno dobrze robię pozwalając mu płakać we własne ubrania, ale nie mogłam zostawić go w takim stanie. 
Chciałam właśnie coś powiedzieć, ale ubiegł mnie tym, że momentalnie wstał i złapał mnie za ręce, a następnie połączył nasze usta w jedność.. 

Od autorki:
Masakra. Gniot. Bezsens. 
Kompletny brak weny na ten rozdział. Kilkakrotnie pisany i usuwany..
 Jedyne co mi pozostaje to przeprosić Was za to coś powyżej..
Buźka ;*

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

trzy; niezrozumiałe niezrozumiałości.

Trzymał koszulkę w dłoniach, wzrokiem błądził po wszystkich przedmiotach znajdujących się w sali, a mojego spojrzenia unikał niczym ognia. A ja wpatrywałam się w  jego posiniaczone ciało, które wzbudzało w moich myślach same dziwne wizje. Pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to to, że wdał się w jakąś bójkę. Jednak potem zwątpiłam, bo nie wyglądał na chłopaka, który wdaje się w bijatyki.
- Zajmij się w końcu tym barkiem i się tak nie gap. - warknął. - Nie jestem pieprzonym eksponatem do podziwiania.
- Peter, co ci się stało? - zapytałam.
- Powiedziałem ci; zajmij się barkiem.
- Muszę wiedzieć dlaczego twoje ciało wygląda...
- Nic nie musisz, rozumiesz? - chłopak cisnął we mnie najbardziej morderczym spojrzeniem na jakie tylko było go stać i założył koszulkę. - Mnie nie obchodzi co jadłaś wczoraj na kolacje, więc ciebie niech nie obchodzi dlaczego chodzę z siniakami na ciele. - wstał, po czym skierował się w stronę drzwi. Rzuciłam się jak skończona idiotka w tamtą stronę i pociągnęłam go za nadgarstek. Syknął. Czy mam aż taki mocny ścisk, czy wbiłam w jego delikatną skórę paznokcie?
- Jeśli mi nie powiesz, to będę zmuszona zgłosić to trenerowi. - rzekłam. Uśmiechnął się ironicznie, kiwając głową.
- Lubię ostry seks. - powiedział. - Fetysz na bicze, kajdanki, przemoc w łóżku. Szczęśliwa? No to żegnam. - nim zdążyłam odpowiedzieć jego już nie było. Wyszedł. Tak po prostu wyszedł i zostawił mnie w kompletnym szoku. Z tym chłopakiem coś było nie tak i ja to czułam, ale nie wiedziałam co. Dlatego szybko zrzuciłam z siebie niewygodny fartuszek, po czym opuściwszy salę zamknęłam ją na klucz i wyszłam z budynku.

***

Miałem wrażenie, że ktoś szedł za mną całą drogę do domu, więc kiedy miałem zamiar do niego wejść to rozejrzałem się po posiadłości, ale nikogo nie dostrzegłem. Zaczynałem wariować na punkcie własnego cienia. W mieszkaniu panowała cisza. Cisza, która kłuła mnie w uszy, bo cisza lubi być zdradliwa. Nie myliłem się, że zaraz coś mnie zaskoczy, bo z głębi usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Potem ciche przepraszam wypowiedziane przez mojego brata i krzyk matki. Znów piła, znów będzie wyżywać się na nim za nic. Nienawidziłem jej za to. Nienawidziłem siebie za to, ale cóż ja mogłem zrobić? W sumie to mogłem, ale...
- Jesteś bękartem, którego nie powinnam była urodzić! - krzyknęła zataczając kółko, a w jej dłoni tlił się papieros. Ruskie świństwo, bo tylko na takie było ją stać. - Przynieś mi wódkę albo stąd spieprzaj!
- Nie krzycz na niego. - zmierzyłem ją wzrokiem, po czym podszedłem do brata, któremu stróżką skapywała z ręki krew. Nie wyglądało to dobrze. - Zaraz ci to opatrzę. - cicho się do niego zwróciłem.
- Peter! - uśmiechnęła się i chwiejnym krokiem ruszyła w moją stronę. - Pożycz mamusi pieniążków.
- Nie dam ci ani grosza, mowy nie ma. - odparłem.
- Urodziłam cię, a ty nie chcesz mi dać funduszy na przeżycie? - w jednej chwili z jej twarzy zszedł pijacki uśmieszek, a pojawiła się złość. Amok. Kompletny szok, którym przerażała nie tylko mojego brata, ale i samego mnie. W stanie upojenia alkoholowego była niebezpieczna, straszna.
- Mam dać ci pieniądze, które przepuścisz na tanie fajki i wino? - parsknąłem.
Poczułem pieczenie na policzku. Znów mnie uderzyła, ale nie było to dla mnie nowością. Potarłem bolące miejsce, ale zastygłem w bezruchu, kiedy usłyszałem głos swojego ojca. Dobiegał z salonu i bardziej przypominał bełkot - tak bywa, gdy wraca się do domu po tygodniu libacji z kolegami.
- Synek przyszedł. - wybełkotał zmierzając w naszą stronę. - Tęskniłeś za tatusiem? Oooo, Cene! - zawył na widok chłopaka, kiedy ten wychylił się zza mojego ramienia. - Znowu ci się coś stało? - zapytał, widząc, jak przykłada sobie do ręki chusteczkę. - Widzisz jakiego niezdarę urodziłaś?! - wrzasnął na matkę. - Nic tylko problemy z nim są. - pokręcił głową. Podszedł do szafki, z której wyleciały puste butelki po wódce. Szukał jakiejś nowej, pełnej. W naszym domu jednak nie było pełnych, gdyż matka opróżniała je w szaleńczym tempie. - Gdzie jest wódka?! - krzyk rozniósł się po całym domu. - Gdzie jest, do cholery!
- Nie ma. - Cene przekręcił oczyma, po czym oddalił się ode mnie, by wymienić chustkę na nową. Gdyby stał na miejscu, gdyby się nie odzywał.. Nie musiałbym wtedy patrzeć, jak ojciec łapie go za nadgarstki, wykręca je i z cholerną siłą popycha go na ziemię. Matka siedziała na krześle, a raczej przysypiała. Nie obchodziło ją co się dzieje z nim, ze mną, z naszym ojcem.
- Zostaw go. - warknąłem.
- Obrońca uciśnionych? - ojciec przestał znęcać się nad moim bratem i podszedł bliżej mnie. Czułem puls na szyi, dłonie niemiłosiernie mi się spociły. Spoczywała na mnie odpowiedzialność za młodego, ale sam się bałem. Nasz ojciec był niebezpieczny w stanie trzeźwości, jak i wtedy, gdy balował przez kilka dni.
Nie minęła chwila, gdy pchnął mnie na ścianę, po której osunąłem się z bólu. Wciąż bolała mnie ręka po ostatniej bójce, a do tego nadwyrężony bark. Skuliłem się. A on wtedy podszedł i zafundował mi kopniaka w brzuch. Jednego, drugiego.. A potem był tylko śmiech i wiązanka wyzwisk pod adresem każdego z nas..

***

Okolica była spokojna, choć wydawało mi się, że aż za bardzo spokojna. Żadnej żywej duszy, która narobiłaby ty jakiegokolwiek hałasu. Stałam tutaj od przeszło pół godziny, a w tym czasie może cztery samochody zdążyły przejechać. Nie wspomnę o jednej starszej pani, która wzięła mnie za złodziejkę i chciała wezwać policję, ale grzecznie ją ubłagałam opowiadając jakąś historię z palca wyssaną.
Dom znajdujący się naprzeciwko był średniej wielkości, biały. Wyglądał na zadbany, bo jak mogłoby być inaczej z domem jednego z lepszych skoczków na świecie. Nie powinnam była tego robić, ale musiałam. Musiałam śledzić Prevca, gdyż zastanawiało mnie jego zachowanie, jak i obrażenia na jego ciele. Powiedział, że lubi ostry seks - dobre kłamstwo. Sama nie wpadłabym na coś takiego w tak krótkim czasie.
Miałam plan, że odczekam chwilę i w końcu zapukam do drzwi, lecz nabrałam wątpliwości. Nie znosił mnie od początku, a chciałam narazić mu się jeszcze bardziej? To nie było moim marzeniem, bo praca z upierdliwym i chamskim Prevcem była męcząca.
I nawet sama nie wiem, jak do tego doszło, ale nogi poniosły mnie na werandę. Ostrożnie zapukałam z nadzieją, że otworzy mi starsza, zadbana pani, która przedstawi się jako jego matka, a ja będę mogła z nią porozmawiać o jej synu. Jednak drzwi otworzył mi Peter, którego twarz wyrażała miliony emocji, jak jeszcze chyba nigdy.
Wyszedł na zewnątrz zamykając za sobą cicho drzwi.
- Czego chcesz? - syknął. - Skąd znasz mój adres?
- Chciałam... eeee... porozmawiać. - wyjąkałam.
- Spieprzaj stąd. - warknął. - Słyszysz mnie? Spieprzaj! - potrząsnął mnie za ramiona, po czym delikatnie pchnął. Był zły, a zarazem przybity. Nie zdążyłam zareagować, bo wszedł do środka. Ten człowiek był dla mnie zagadką, którą za wszelką cenę chciałam rozwiązać...

Od autorki:
Obiecałam, że kolejny będzie szybciej, więc jest :D
Następny w okolicach weekendu, może po.
Miłego czytania, buźka! ;*

sobota, 4 kwietnia 2015

dwa; to zupełnie normalni ludzie.

Dzień zapowiadał się dość przyjemnie. Wiosna dawała o sobie znać poprzez śpiew ptaków, szerzącą się zieleń i pierwsze pąki na drzewach. Idąc przez park napawałam się tym widokiem, a grająca w słuchawkach muzyka sprawiała, że zapominałam gdzie i po co zmierzam. Na placu zabaw aż przepełniało się od dzieciaków, które bawiły się na każdej możliwej atrakcji i radośnie śmiały się wniebogłosy. Czasami chciałoby się powrócić do czasów dzieciństwa, mieć za problem jedynie to w co danego dnia ubrać lalkę barbie albo co odwalić, by zrobić rodzicom psikusa. Byłoby to o niebo lepsze od aktualne udawania się do pracy, by spotkać grupkę wesołych, przyjaznych chłopaków i jednego, dziwnego Prevca..
***

Pukanie do drzwi oderwało mnie od lustrowania kartoteki Jurija Tepesa i nakazało powiedzieć głośne proszę. Odrzuciłam daną rzecz na resztę teczek, które zostały mi do zapoznania się. Drzwi się otworzyły, a w nich pojawił się sam trener z krzywym wyrazem twarzy, trzymający się za kolano.
- Umieram. - jęknął, siadając na kozetce. - Zrób coś z tym, bo zaraz zwariuję. - dodał, pocierając bolące miejsce.
- Co się panu stało? - zapytałam, kucając przy mężczyźnie.
- Ci chłopcy mnie kiedyś wykończą. - powiedział. - A żona mówiła żeby dać sobie spokój, by zwolnić miejsce jakiemuś młodemu, silnemu facetowi. Au! - zawył, gdy mocniej ucisnęłam jego kolano. - Staremu dziadowi skakanki się zachciało. - pokręcił głową pocierając oczy. 
- Skakał pan na skakance? Naprawdę? - na samo wyobrażenie tej sytuacji musiałam powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. - Zaraz posmaruję panu maścią przeciwbólową i powinno przejść, ale jeśli nie to jedynie operacja pana ratuje. - pokręciłam nosem, podchodząc do szafki i uśmiechając się pod nosem.
- Operacja? - zapiszczał.
- Nadetną panu bolące miejsce, z którego wyleci trochę zebranej ropy..
- Już, już, wystarczy. - przerwał mi wypowiedź. - Cholera by wzięła tego, co skakanki wymyślił! 
- Nikt nie kazał panu na niej skakać. - stwierdziłam.
Odkręciłam żel na obrzęki, po czym kucnęłam i odsłoniłam kolano pana Janusa. Myślałam, że wyjdzie z siebie, gdy poczuł zimną maź na ciele. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że taki duży facet może wyć z zimna zmieszanego z bólem i to przez skakankę.. 

***

Trening na dworze był dziś zdecydowanie dobrym pomysłem, gdyż pogoda dopisywała, a i humory nie były najgorsze. Tepes wraz z Jernejem kopali między sobą piłkę, reszta siedziała na trawie i opowiadała proste, ale jakże głupie kawały. Biedny trener Janus stwierdził, że jego asystent da sobie radę i zapanuje nad chłopakami, dlatego poszedł do domu z bolącą nogą, ale mylił się i to bardzo. Nierozgarnięty asystent stał nad chłopakami i ledwie co radził sobie z powiewającymi kartkami, a co mówić o grupie dziesięciu facetów. Zgasiłam w popielniczce swojego największego wroga, a przyjaciela zarazem i udałam się w stronę mężczyzn. Powiedzmy sobie, że miałam taki zamiar, bo po kilku metrach przystanęłam i szukałam znajomego mi głosu. Tylko jedna osoba miała ironiczny, denerwujący, a zarazem tajemniczy głos. Rozejrzałam się bardziej i wtedy dostrzegłam go, jak siedział na schodach za krzakami i rozmawiał przez telefon. Odległość była zbyt duża dlatego słyszałam piąte przez dziesiąte, ale zrozumiałam coś o biciu, wyzwiskach i matce. Matka biła Petera? Nie, to byłoby głupie. Przecież facet miał ponad dwadzieścia lat! Zerwałam się z miejsca, gdy skończył swoje połączenie i wstał, by wyprostować kości. Odetchnęłam z ulgą, że mnie nie zauważył, bo znów czepiłby się o byle co i odstawiał humorki. 
- Nie ładnie jest podsłuchiwać. - usłyszałam jego głos, gdy przechodził obok.
- Nie podsłuchiwałam. - odparłam. - Po prostu za głośno mówiłeś. 
- Jasne. - parsknął. - Pewnie ci z AZN'u przysłali cię na przeszpiegi do nas, prawda? - wysyczał. - Niewinna siostra pana Morgensterna tak nagle chce robić karierę w Słowenii i nie ma to żadnego związku z tym, że w minionym sezonie byliśmy od was lepsi? Że lepiej dogadywaliśmy się z trenerem, resztą sztabu i między sobą?
- Co ty pieprzysz, Peter?
- Zajmij się swoimi porąbanymi koleżkami z Austrii, a od nas się odczep, bo jak tylko się dowiem, że Austriacy jakimś cudem dowiedzieli się o nas wielu rzeczy, to będzie z tobą źle. - warknął, wymierzając w nią palcem.
- Masz za dużą wyobraźnię i strasznie się panoszysz, wiesz? Nie każdy człowiek na świecie jest dwulicową małpą, więc schowaj swoją wyższość do kieszeni i weź się w końcu za treningi, bo z tego co mi wiadomo to twoja dyspozycja leży i kwiczy, Prevc.
- O proszę. - zaśmiał się. - Ktoś tu jeszcze tyłka nie zagrzał, a już się rządzi.
- Radziłabym stosować się do moich poleceń, gdyż chcesz czy nie, jestem twoją przełożoną. - uśmiechnęłam się przez zęby. - I jeszcze jedno. - zrobiłam taktowny odruch palcem wskazującym. - Problemy prywatne załatwiaj poza treningami, bo nikt nie ma ochoty i czasu, by patrzeć i słuchać twoich rozterek życiowych. - dodałam. - A teraz dziękuję za uwagę i zapraszam na zbiórkę.
Odeszłam, zostawiając go w tym samym miejscu i patrzącego na mnie z otwartymi ustami. Jeśli myślał, że przestraszę się jego słowami, czy też zachowaniem to grubo się pomylił. Nie przyszłam tutaj, by być obiektem Petera Prevca do wyżywania emocjonalnego. Zamierzałam pracować tutaj na tyle, na ile mnie stać i żadne jego starania, by podciąć mi skrzydła, nie przejdą mi obojętnie.
- Panowie, co to za obijanie jest? - zapytałam, siadając obok znudzonego Nejca.
- Trener nam zginął. - mruknął leżący obok mnie chłopak.
- Trener poszedł do domu z bolącym kolanem. - powiedziałam. Zaśmiali się. - Facet nie ma dwudziestu lat, a wy każecie mu skakać na skakance!
- Sam chciał. - powiedział obudzony Jurij.
- Opowiedzcie całą historię, bo pocieszycielka ludzi zapewne chce znać wszystko. - odezwał się wiecznie naburmuszony chłopczyk.
- Ktoś coś mówił? - zapytałam, rozglądając się po bokach.
- Kto się ze mną ściga? - zapytał znudzony Robert. - No ej no, pobawcie się ze mną.. - jęknął, gdy nikt nie odpowiedział na jego pytanie. - Nejc?
- Sorry stary, ale.. Ale rodzice z Włoszech wracają i muszę mieć siłę na regenerację swoich mięśni. - odparł.
- Przecież twoi rodzice nie byli we Włoszech. - powiedział zdziwiony Jurij.
- Zamknij się, Tepes.
- Rajciu.. A ty się ze mną pobawisz, Jurij?
- Spadaj. - mruknął.
- Ja się z tobą pobawię. - powiedziałam spoglądając na znudzonego chłopaka. Jego oczy zrobiły się wielkie niczym guziki, a twarz od ranu się rozweseliła. - Cztery kółeczka, migusiem! - krzyknęłam. Jęknął. Cała reszta zaczęła chichotać pod nosem, więc nie mogłam zostawić tego bez komentarza. - Ja bym się na waszym miejscu nie śmiała, bo na was czeka sześć. - odparłam opierając się o płotek i wyciągając nogi. Słońce przyjemnie dzisiaj grzało, więc postanowiłam, że chociaż przez chwilę skorzystam z takiej pogody.
- No chyba sobie kpisz. - jęknął Nejc podnosząc się z ziemi.
- Jeszcze słowo, a będziesz miał siedem kółek. Do dzieła panowie!
Nie zdążyłam mrugnąć, a oni już wystartowali. Pokiwałam głową z uznaniem dla samej siebie, bo fajnie jest mieć władzę na grupką dużych dzieci.
Jako pierwszy zakończył Prevc. Chłopak miał cholernie dobrą kondycję, zdążył wyprzedzić nawet biednego Roberta, któremu nakazałam zrobić tylko cztery kółka. Zdziwiło mnie to, że runął na trawę obok mnie i nie zgrywał wielce niedostępnego panicza, który ma kuku na muniu.
- Mogę przyjść po treningu na masaż? - zapytał.
WOW.
 - Jasne. - mruknęłam bawiąc się zerwanym pękiem stokrotek.
I na tym skończyła się nasza wymiana zdań. Ja wstałam, by podejść do zmęczonych chłopaków. On leżał i patrzył się w niebo. A potem kontynuowałam plan, jaki na dziś miał zapisany pan Janus, czyli skakanie przez płotki i pomiar czasu na sześćdziesiąt metrów. Przyznam szczerze, że ta praca wydawała mi się coraz fajniejsza...

***

- Jesteś cudotwórcą! - powiedział Tepes zakładając koszulkę. - Ręce, które leczą. - zaśmiał się. 
- Skończ się podlizywać, bo zaraz będą ręce, które biją. - odparłam.
- Wiesz... Nie miałbym nic przeciwko! - powiedział, za co dostał ode mnie w głowę zmiętą kulką papieru. - Wiszę ci dobrą kawę za ten masaż. 
- Przestań, taka moja praca.
- W takim razie wiszę ci kawę za ten masaż, który jest tylko twoją pracą. - puścił mi oczko, po czym wyszedł cicho zamykając drzwi. A ja? A ja stałam jak skończona idiotka i patrzyłam w punkt, w którym stał jeszcze przed chwilą. Bo jakby nie patrzeć, to Jurij był.. 
- Proszę! - przewróciłam oczyma, gdyż ktoś przerwał moje gadanie z samą sobą. - Wchodź. - posłałam Peterowi spojrzenie i odszukałam jego teczki. - Co jest? Boli cię ręka? - podeszłam do niego i usiadłam na stołku.
- Chyba nadwyrężyłem sobie bark. - pomasował się po danej części ciała , krzywiąc się przy tym.
- No to zdejmuj koszulkę. 
- Poprzedni fizjoterapeuta masował mnie przez ubranie.
- Takie bajki możesz opowiadać nowicjuszom, wiesz? Rozbieraj się. 
- Nie. - mruknął. 
- Peter, jak mam ci pomóc, gdy stawiasz opór przy zwykłym rozebraniu się? 
Chwila ciszy i kilka spojrzeń. Najbardziej krępujący moment w życiu. Po chwili chłopak zmienił zdanie i nieśmiało podciągnął koszulkę w górę. Zaniemówiłam. I to nie z powodu brzucha, który był cholernie dobrze wyrzeźbiony. Zaniemówiłam, bo większość jego ciała była posiniaczona...

Od autorki:
Nic dodać, nic ująć, rozdział okazuje się totalną klapą..
Przepraszam za to, ale zbierałam się do tego rozdziału od wtorku i ciągle coś mi przeszkadzało. Dziś znalazłam chwilę, by go dokończyć, ale błędów już nie miałam siły sprawdzać. 
Jutro albo pojutrze pojawi się Epilog na "Nie możesz być wszystkim dla każdego", kolejny na tym blogu pojawi się o wiele szybciej! 
Zapraszam tutaj: http://jegospojrzenie.blogspot.com/. W rolach głównych Maciek Kot, Krzysiek Biegun, Krzysiek Miętus, Bartek Kłusek i Klemens Murańka!  

Wesołego jajka, moje drogie ;* 

sobota, 28 marca 2015

jeden; każdy początek jest trudny.

- W takim razie witamy na pokładzie. - mężczyzna uścisnął moją dłoń i uśmiechnął się serdecznie. - Mam nadzieję, że będzie ci się miło z nami pracowało.
- Również mam taką nadzieję. - odparłam i odwzajemniłam uśmiech.
- Chcesz żebyśmy cię przedstawili, czy dasz sobie radę? - zapytał asystent Gorana Janusa.
- Poradzę sobie.
- Gdyby coś to wiesz gdzie nas szukać. - rzucił trener i ponaglając swojego nierozgarniętego asystenta, zniknął za drzwiami pokoju trenerskiego. 
Westchnęłam, opierając się o chłodną, pomarańczową ścianę i przymknęłam na moment oczy. Najgorszym punktem dzisiejszego dnia nie była rozmowa z trenerem Janusem, najgorsze właśnie czekało na mnie za drzwiami prowadzącymi do sali ćwiczeń. Zebrawszy się w sobie, pchnęłam drzwi i weszłam niepewnym krokiem do środka pomieszczenia. Jak na bandę dzikusów, jak to powiedział trener Janus, było dość spokojnie i cicho. Każdy ze skoczków wytrwale ćwiczył, a towarzyszyła im przy tym rozchodząca się po pomieszczeniu muzyka. Zapewne stałabym w tym samym miejscu, gdyby nie to, że zostałam zauważona przez Jurija. Szatyn podbiegł do mnie w mgnieniu oka z szerokim uśmiechem na twarzy i na powitanie mocno mnie uścisnął.
- Zgaduję, że przyszłaś nas poznać. - puścił mi oczko i zmierzwił delikatnie włosy, które i tak nie współgrały ze mną od samego rana.
- Dobrze zgadujesz. - odwdzięczyłam się wystawieniem języka.
- No to chodź. - złapał mnie za rękę. - Może wyglądają na strasznych, ale nie gryzą.
- Poczekaj. - syknęłam.
- Julię Morgenstern obleciał strach? - zawył.
Przekręciłam oczyma i zostawiając roześmianego Tepesa, ruszyłam na środek sali do ćwiczeń. Kątem oka dostrzegłam, że szatyn zmierza w moim kierunku, a po chwili jego krzyk rozniósł się echem. Oczy każdego z mężczyzn zostały skierowane w moją stronę, a także na ich twarzach pojawiły się pytające miny. Po chwili wszyscy pojawili się w rządku z uśmiechami na twarzach  i zerkali na Jurija.
- Nie, panowie. - ze śmiechem uniósł dłonie w geście obronnym.
- A już myśleliśmy, że w końcu jakieś wesele będzie!
- Marzenia ściętej głowy, Jernej. - rzucił mężczyzna z kolczykiem w brwi. - Prędzej niebo zapłonie, niż Tepes się ożeni. - wszyscy jak jeden mąż, łącznie z Jurijem, zaczęli się śmiać. Natomiast mnie bardziej zainteresował siedzący w kącie brunet, który podnosił hantle i zamknięty był w świecie własnej muzyki. Skoczkowie chyba zauważyli, że patrzę na Prevca, bo po chwili Jernej udał się w tamtą stronę wesoło podskakując.
- Peter miewa ostatnio jakieś problemy, więc staraj się być trochę wyrozumiała, okey? - zapytał Tepes.
- Zależy jakie to problemy, bo jak ból i załamanie po stracie psa to jednak trochę przesada. - odparłam. - Wszyscy są? - zwróciłam się do chłopaków, widząc, że powrócił Damjan, a za nim ciągnął się Prevc. - A więc jestem Julia Morgenstern i od dziś będę z wami pracować. - powiedziałam. - Nie jestem jakąś choleryczką, czy tyranem, ale proszę was o liczenie się z tym, że małe przewinienia nie będą olewane i puszczane w niepamięć, jasne?
- Ostra. - gdzieś z tyłu dobiegł mnie szept z ust Dezmana.
- Słyszałam, Nejc. - spiorunowałam go wzrokiem i pogroziłam palcem. - Trener mówił, że trening macie do piętnastej, więc równo o tej godzinie spotykamy się na zbióreczce.
- Jesteś siostrą Morgensterna, prawda? - zapytał kolczyk w brwi.
- Tak, jestem. Do pracy panowie, już!
- Zamienisz nam przyjemności w jakieś katusze dla wojska. - jęknął przechadzający się obok mnie Jurij.
- Jeszcze słowo, a trening skończysz dwie godziny później. - posłałam mu buziaka w powietrzu. Szatyn kręcąc z uśmiechem głową, poszedł grzecznie na bieżnię, a ja przysiadłam na ławce i obserwowałam po trochu każdego z nich. Stres nie był potrzebny, bo poradziłam sobie dość dobrze. Chodziło mi o to, by zmotywować ich do działań, a nie głupot oraz by wiedzieli, że choć jestem siostrą skoczka i nie mam czterdziestu lat na karku, to potrafię być wymagająca, nietolerancyjna i czasami upierdliwa.
- Prevc do mnie! - krzyknęłam.
Mój głos echem rozniósł się po niedużej hali. Spojrzenia pozostałych chłopaków skierowane zostały na podnoszącego się z podłogi Słoweńca. Widziałam, jak przez jego twarz przemknął cień bólu, który starał się zatuszować w każdy możliwy sposób, ale nie po to spędziłam większość czasu na uczeniu się i robieniu kursów, by bagatelizować takie zachowania.
- Słucham. - osunął się po ścianie na podłogę i podkulił nogi.
- Co się dzieje, Peter? - zapytałam, kucając przy nim.
- Nie rozumiem pytania.
- Zauważyłam, że zaciskasz zęby z bólu, gdy podnosisz hantle na lewą rękę. - odparłam. - Trochę mnie to zaniepokoiło, a że nie znam twojej karty, muszę się z nią zapoznać, to nie mam informacji, czy to normalne, czy jednak pojawił się u ciebie jakiś uraz.
- Nic mi nie jest. - syknął, łapiąc się za rękę, którą nerwowo ruszył. - Dzięki za troskę. Nie trzeba było.
- Mogę zobaczyć twoją rękę?
Wyciągnęłam dłoń ku niemu, a ten odsunął się o kilkadziesiąt centymetrów w bok.
- Nie dotykaj mnie.
- Chciałam tylko...
- Nigdy nie waż się tego robić, jasne?
- Nie tym tonem kolego. - spiorunowałam go spojrzeniem. Wzruszył ramionami. Na jego twarz wkradł się perfidnie olewający mnie uśmieszek, który przerodził się w cichy chichot. Kręcą głową i trzymając się za daną rękę opuścił pomieszczenie, natomiast trzask drzwi sprawił, że odrobinę się wzdrygnęłam. Na chłopakach nie wywarło to zbytniego wrażenia, czyżby takiego zachowanie Prevca było czymś naturalnym?

***
 Siedząc i czekając na skoczków przed budynkiem napawałam się widokiem wiosny w Słowenii. Słońce przyjemnie grzało, a ciepły wiatr omiatał moją twarz. Ptaki śpiewały po swojemu siedząc na drzewach i krzewach, a dookoła zaczynało się zielenić. Na zewnątrz panowała zupełna cisza i spokój, zaś w budynku był gwar niczym na bazarze z warzywami. Jednak cisza została po chwili przerwana, gdy usłyszałam wiązankę przekleństw i szuranie butami o wysypaną kamieniami dróżkę. Zdenerwowanie wymalowane miał na twarzy, choć przypatrując mu się dzisiejszego dnia, stwierdziłam, że z tego chłopak jest ciężko cokolwiek wyczytać. Zupełne przeciwieństwo mojego brata, z którego da się czytać, jak z otwartej księgi.
- Do widzenia. - głos przepełniony był ironią, lecz spojrzenie łagodne.
- Do zobaczenia, Peter. - uśmiechnęłam się najszerzej, jak tylko mogłam, a gdy przeszedł - wywróciłam oczyma.
- Jak tam? Co tam? - obok znienacka pojawił się Jurij. Uśmiechnięty - jak zawsze.
- W porządku. Chyba. - dodałam po chwili namysłu. - Zastanawia mnie Peter, ale nie będę sobie tym teraz zawracać głowy. - machnęłam ręką. - Gdzie reszta? - zapytałam i w tym momencie wszyscy wypadli na zewnątrz omal nie zabijając się o własne nogi.
- Tutaj! - krzyknął Pungertar.
- No i fajnie. - skwitowałam. - Komu w drogę...
- .. temu trzysta! - zakończył Nejc, a wszyscy popatrzyliśmy na niego, jak na skończonego kretyna. - Dobra już nic nie mówię. - zastrzegł.
- Idziemy na panienki!
- Szczególnie ty, Jernej. - Kranjec przewrócił oczyma.
- Idziemy na panienki, ale rzecz jasna, poszukać towarzyszki życia dla naszego Jurija, no co wy panowie!
- Nie szukam dziewczyny.
- A mógłbyś, bo w końcu byś się wyniósł z mieszkania. - dodał Nejc.
- Ty też byś mógł.
- Ja? Ja jestem panem swojego życia, kochany. - zaśmiał się. - Zero miłości, zero związków, czysty seks. - poruszał brwiami.
- Nie chcę nic mówić, ale pan życia stanął właśnie w psie odchody. - powiedziałam ledwie tłumiąc w sobie śmiech.
- Cholera...
 ***
- To cześć Julka! - krzyknęli chórem i pomachali mi na odchodne. 
Spędziliśmy ponad dwie godziny na gadaniu oraz piciu soku, choć większość z nich starała się namówić mnie na postawienie im piwa. Gdyby nie ich napięty grafik na jutro i mój drugi dzień w nowej pracy, to z przyjemnością kupiłabym im nawet po dwa. 
- O czym myślisz? - zagadnął Jurij.
- Słucham? - wyrwał mnie z zamyślenia, więc byłam trochę zdezorientowana.
- Pytałem o czym tak myślisz. - uśmiechnął się.
- O wszystkim, o niczym, ogólnie tak.
Między nami nastała cisza, przerywana dźwiękiem przejeżdżających aut i rozmowami przechodniów. Uparł się, że odprowadzi mnie do domu, choć wcale go o to nie prosiłam. 
- Muszę jeszcze zrobić małe zakupy, więc tutaj musimy się pożegnać. - przystanęłam przed pierwszym lepszym sklepem spożywczym. Tepes zatrzymał się naprzeciwko i spojrzał na mnie z ukosa. - No co?
- Ładnie wyglądasz. - zaśmiał się.
- I tylko to?
- Ładnie wyglądasz z okruszkami czipsów we włosach. - poprawił się.
Natychmiast poczochrałam włosy w celu pozbycia się ów okruszków, potrząsnęłam energicznie głową.
- Już? - skinął głową. - To do jutra, Jurij. - powiedziałam.
- Cześć, mała. - strzeliłam go w tył głowy, gdy się odwrócił, a on jedynie głośno się zaśmiał i machnął ręką na pożegnanie. 
Stałam w tym samym miejscu jeszcze przez chwilę, a potem weszłam do sklepu. Najwyższa pora zacząć życie w Słowenii, a żeby tak było - trzeba zapełnić lodówkę. 
Po kwadransie opuściłam sklep z dwoma torbami zakupów i ruszyłam w stronę swojego osiedla. Droga minęła szybko. Bardzo szybko. Ale głównie dlatego, że większość czasu spędziłam na myśleniu o brunecie, który nie pawał dzisiejszego dnia sympatią w stosunku do mojej osoby. Był dziwny, inny, trochę odstający od reszty. I choć Jurij uprzedzał rano, że miewa jakieś problemy, a chłopcy powiedzieli, że nie ma się czym przejmować, to jednak nie byłam w stanie by puścić dziwne zachowanie Prevca w niepamięć.
- Przepraszam. - powiedział męski głos zaraz po tym, jak szturchnął mnie łokciem. - O Boże..
- Też miło cię widzieć. - syknęłam.
- Cofam przeprosiny. - warknął. - Nie przepraszam. Żegnam.
- Humorki Petera Prevca mnie nie obchodzą, więc daruj sobie swoje kąśliwości i wszelakie głupie odzywki.
- A mnie nie obchodzi, co o tym sądzisz. - odparł i tak po prostu odszedł.
Zapowiadało się całkiem ciekawie..

Od autorki:
Na końcówce zgubiłam gdzieś wenę, chyba została w drodze z kuchni do pokoju, gdy poszłam po kanapki :D
Jednakże mam nadzieję, że Wam się podoba i nie zawiodłam na starcie!
Dziękuję za wszystkie komentarze pod prologiem, jesteście Kochane ;*
*odsyłam do głosowania w ankiecie*
Buźka! ;*







wtorek, 24 marca 2015

Prolog

Da­jesz mi prak­tycznie wszystko.

Ale ja jed­ne­go nie pot­ra­fię Ci dać w za­mian - miłości...


*****

24. 03. 2014
Zaczęło się to ponad trzy miesiące temu na zawodach Pucharu Świata w Zakopanem, gdy przez przypadek wpadłam na wysokiego bruneta i przez przypadek zbiłam jego ulubiony kubek z krową. Przedstawił się jako Jurij, całkiem sympatyczny chłopak, który nie wydawał się jakimś nadętym ignorantem, bo ma pieniądze, fanki i skacze tak, jak sam uważa za słuszne. Był normalny i przyjacielski. Gdyby nie on i jego długi język to nigdy nie dowiedziałabym się o poszukiwaniu fizjoterapeuty do sztabu szkoleniowego Słoweńców. 
Wystarczyła rozmowa z Jurijem na ten temat, potem poszło łatwo. Może nie aż tak łatwo, ponieważ trener Słoweńców nie był zbyt przychylny, lecz po czasie dał się udobruchać. Dał mi szansę, choć decydujący głos nie należał do niego. Kazał czekać. I doczekałam się. Jeden nudny dzień spędzony nad książkami w bibliotece miał całkiem zaskakujący mnie finał. Biała koperta z dokumentami, listem. Mnóstwo pieczątek, znaczków i jeden najważniejszy nagłówek: "Została pani przyjęta". Byłam wniebowzięta! 
- Thomas, możesz już się tak na mnie nie boczyć? Przepraszałam cię chyba z milion razy. - przerwałam ciszę, która panowała w aucie od wyjazdu spod naszego domu. Nie spojrzał na mnie, bo skupiony był na drodze, ale także był na mnie zły. Można by rzecz, że był wręcz wściekły i rozczarowany moim zachowaniem, choć ja nie widziałam w nim nic negatywnego. - Odezwiesz się do mnie, czy wyjadę do Słowenii pokłócona z własnym bratem? 
- Co mam ci powiedzieć, Julia? - na moment oderwał wzrok od ruchliwej ulicy i przeniósł go na mnie. Zmarszczka na jego czole oznajmiała, że nadal jest zły i raczej nic nie wskazuje na polepszenie tej sytuacji. - Jestem wściekły, bo tam jedziesz. Nie posłuchałaś mnie. 
- Nie mogę się ciebie słuchać przez całe życie, braciszku. 
- Są sytuacje wyjątkowe, gdy powinnaś to robić. - mruknął cicho pod nosem. - Jak jedziesz baranie?! Dać babie prawo jazdy. - popukał się w czoło, gdy auto jadące przed nami gwałtownie się zatrzymało i od nowa ruszyło, po czym pokręcił głową i westchnął. - Jeśli chciałaś pracować ze skoczkami, to było mi powiedzieć, a załatwiłbym ci pracę w naszej kadrze. 
- Miałabym pracować z bratem, któremu ciągle coś nie pasuje w moim postępowaniu? Dzięki, ale jakoś mi się to nie uśmiecha. - wysiliłam się na słaby uśmiech. - Jesteś cholernie zrzędliwy. - stwierdziłam. 
- Julka.. - znów westchnął, zatrzymując się na parkingu pod lotniskiem. Uniosłam brwi w geście zdziwienia, że tak szybko minęła nam droga. - Potrafię być upierdliwy, zrzędliwy, wymagający...
- Irytujący, denerwujący, wkurzający.. - dokończyłam wyliczanie za brata i zostałam za to zabita spojrzeniem. - Dobra, kontynuuj. - uniosłam ręce w geście obronnym.
- Robię to wszystko, bo jesteś moją młodszą siostrzyczką i nie chcę, żebyś cierpiała. Martwię się o ciebie i to chyba normalne, prawda? Przepraszam za to, że byłem chłodny w stosunku do ciebie, gdy powiedziałaś mi o dostaniu pracy, ale to był dla mnie szok, że pierwszy raz działałaś bez konsultacji ze mną na własną rękę. - oparł głowę o zagłówek i przymknął oczy. - Jesteś młoda, nie znasz życia i jeszcze sporo się musisz nauczyć..
- Nie znam, ale poznam. - odparłam. - Thomas, chcę się sparzyć, by wiedzieć co jest dla mnie, a co nie. Nie przeżyjesz za mnie życia, więc pozwól mi na przeżycie go po swojemu, dobrze?
- Kiedy ty mi tak wyrosłaś, co? - zapytał po chwili ciszy. - Pamiętam, jak jeszcze niedawno pilnowałem cię na placu zabaw, a ty dziś wyjeżdżasz do Słowenii.. - westchnął.
- Przestań, bo zaraz zaczniemy ryczeć oboje. - zaśmiał się. - No co?
- Będziesz dzwonić? Pisać? Przyjeżdżać?
- Będę, będę, spokojnie. - puściłam mu oczko. - Przecież nie mogę nie odzywać się do mojego brata despoty. - pstryknęłam blondyna w nos.
- Brata despoty? Dziękuję bardzo za określenie! 
- Polecam się na przyszłość. - tym razem to ja zachichotałam. - Idziesz ze mną? - skinęłam na budynek lotniska. Pokręcił głową przecząco. - Czemu?
- Płaczący Thomas Morgenstern, wyobrażasz to sobie? 
- Nie, ale... Mógłbyś zostać twarzą chusteczek do wycierania łez. - powiedziałam. - Będę tęsknić, Tommi. - wyznałam, patrząc w zaszklone oczy blondyna. - Nie mazgaj się tylko, bo reklama chustek cię czeka! - powiedziałam zaraz po zauważeniu jego nietęgiej miny.
- Raz na jakiś czas można. - palnął bez zastanowienia i przytulił mnie do siebie. - Trzymaj się, mała. - szepnął. - I dzwoń, jak będziesz miała nawet najmniejszy problem, a pomogę albo i pojawię się w trymiga.
- Zapamiętam to sobie. - mocniej go do siebie przycisnęłam. - Kocham cię, bracie despoto. 
- Ja ciebie też, siostro niesłuchu. - cmoknął mnie szybko w czoło i popatrzył w oczy. - Leć, bo się spóźnisz. - wypowiedział. Pokiwałam głową.
- No to.. - złapałam klamkę od drzwi. Wahałam się. - ... to cześć, Tommi. - uśmiechnęłam się najweselej, jak tylko mogłam, ale tak naprawdę miałam ochotę wybuchnąć płaczem i wtulić się w starszego brata. 
- Pa. - powiedział cicho, a ja zatrzasnęłam drzwi. Wyjęłam z bagażnika walizkę, pomachałam Thomasowi i oddaliłam się w stronę budynku.
Świat stał przede mną otworem, a ja lgnęłam by go poznać, jak ćma do światła. Byłam głodna nowych wyzwań, przeżyć. Tylko że w tamtej chwili nie spodziewałam się, co takiego przyszykował mi los...

Od autorki:
Wkraczamy w opowiadanie o Słoweńcach! :)
Podoba mi się prolog, nawet nie jest taki najgorszy, jak na osobę, która nienawidzi ich pisać.
Zapraszam do czytania! :*
Buźka!